| < Sierpień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    
czwartek, 15 marca 2012
Czym jest modlitwa?

 1. Modlitwa jako wyraz pobożności

     Modlitwa jest fenomenem ludzkiego ducha, aktem reli­gij­nym, tak ściśle powiązanym z wiarą, że jej utożsamianie z wiarą – przynajmniej w łonie chrześcijaństwa – nie jest dalekie od praw­dy. Wiara wyraża się w modlitwie, a modlitwa jest ema­nacją wiary. Z modlitwą spotykamy się we wszystkich religiach, w któ­rych Bóg lub bóstwo ma charakter osobowy. W zależności od poziomu rozwoju religii, ma ona mniej lud więcej rozwiniętą postać. W religii Izraela oraz w chrześcijaństwie przybiera różne formy i tak mocno związana jest z treścią starotestamentowej lub chrześcijańskiej wiary, że w słowach modlitwy rozpoznać mo­żemy modliciela, jego pobożność i siłę jego więzi z Bogiem.

     Modlitwa jako pozytywne odniesienie się człowieka do Boga, zarówno w sferze religijnego życia jednostki, jak i większej ludzkiej zbiorowości, Kościoła, posiada wymiar transcendental­ny. Po­przez modlitwę bowiem człowiek ograniczony w czasie i prze­strzeni – dzięki przyzwoleniu suwerennego Boga – na­wią­zuje społeczność z ponadczasowym Bogiem, ale również w niej uja­wnia swoją własną transcenedencję, jako osoby, której wy­miar doczesny jest tylko cieniem przeznaczenia człowieka, stworzonej istoty, której cele życia i działania wyznaczone przez Boga wykraczają poza immanencję.

     Modlitwa należy do podstawowych funkcji religijnych wie­rzą­cego czło­wieka, jest znakiem jego pobożności, a w ekle­zjo­lo­gii zalicza się ją do nota ecclesiae. Przez modlitwę buduje i uma­­cnia się w wierze spo­łe­czność świętych. Chociaż roz­różniamy między mo­dlitwą prywatną a modlitwą Kościoła – to w istocie zawsze ma ona wymiar kościelny, ponieważ każdy modli się w świado­mości przynależenia do Kościoła Chrystusa, Syna Bo­że­go, w któ­rego imieniu zanosimy nasze modły do Boga oraz w świa­do­mości wiary, którą wspólnie podzielamy, wyznajemy i ma­­nife­stu­jemy w różnoraki sposób. 

     Jak wyjaśnić fenomen modlitwy w naszym życiu? Czy należy wyjść od Słowa Bożego, czy też od analizy egzystencji człowie­ka? Jeśli pójść drogą wskazań hermeneutyki odgórnej, to nie trudno w Piśmie Świętym znaleźć zachętę do modlitwy i godny naśladowania przykład wielkich modlicieli Starego i Nowego Testamentu. Jeśli zaś iść drogą oddolnej hermeneutyki, to nale­ży wskazać na kondycję człowieka, kręte ścieżki, którymi kro­czy, na świadomość zagubienia, wyobcowania itp.

     Jeśli Biblia mówi: Módl się! – to może to wezwanie natrafić na próżnię. Dzieje się tak w wypadku człowieka niewierzącego. Sama zaś analiza naszej egzystencji, może prowadzić do roz­patrzy, a nie modlitwy. Wartko toczące się życie, gwałtowne zmiany jakie zachodzą w życiu społecznym, widmo katakliz­mów, o których błyskawicznie – jeśli mają miejsce – donoszą me­dia, przytłaczają i budzą lęk. Jeśli brak wskazania drogi na wyjście z „doliny”, na mieszkańców której walą się nieustannie wielkie „głazy”, jeśli pytamy: „dlaczego?” a nie wie­my, że z owej „doliny” można się wydostać, to w kręgu takich ludzi, bez głosu z góry: jest Bóg, jest wąska ścieżka, módlcie się o ratunek, o wskazanie drogi, nigdy nie wyrwie się z serca modlitwa. Słowo Boże, wkraczające w naszą, rozpoznaną przez nas egzystencję, zapala w sercu chęć do modlitwy, do szukania ratunku i do społeczności z Bogiem.

     Sam człowiek jest miejscem spotkania Boga z człowiekiem. Bóg nie spotyka się z nami poza nami. Zarówno zachęta Słowa Bo­żego do modlitwy, jak i świadomość jakości egzy­sten­cji skła­niają człowieka do modlitwy, do uwielbienia Świętego i Naj­wyższego, do zaufania Wszechmocne­mu. 

     Reformacja rozprawiając o wierze dotknęła istotnego elemen­tu religii w ogóle, w szczególności zaś chrześcijaństwa, wszak według niej nie zewnętrzne znaki chrześcijańskiego życia, lecz sama wiara, jej treść określa egzystencję człowieka jako chrześci­janina. Wiara chrześcijańska jest owocem spotkania człowieka z Bogiem przez Jego Słowo i przez to Słowo jest ona kształ­towana. Wiara decyduje o duchowej formacji. Ona jest istotą pobożności[1].

O pobożności nie decyduje zewnętrzny czyn człowieka, lecz jedynie wiara. Ale prawdziwa pobożność nie tylko zwrócona jest do wewnątrz, lecz również na zewnątrz. Podobnie więc jak wiara i pobożność przejawia się w działaniu chrześcijanina.

„Jeśli dusza szczerze wierzy Słowu Boga to daje wyraz swojemu przekonaniu, że Bóg jest istotą świętą, czystą i sprawiedliwą, po­przez oddawanie Mu najgłębszej czci, jaką tylko oddać może. Korzy się ona pod Jego rządami, uznaje we wszystkim Jego prawo, uwielbia Jego imię, pozwala Jemu czynić z sobą to, co On chce”

– pisze Luter w swoim traktacie „O wolności chrześcijanina[2]

Nie jest istotne, czy Ojciec Reformacji miał tu na myśli rów­nież modlitwę. Pokora i uwielbienie Boga kojarzą się z modli­twą. Z wiary rodzi się modlitwa. Modlitwa jest aktem wiary. Po­bożność ujawnia się w modlitwie. Oczywiście musimy nie zapomnieć o napomnieniu Jezusa, aby nie obnosić się z modli­twą, jak czynili to faryzeusze (Mt 6,5). Ale modlitwa w chrze­ścijaństwie jest świadectwem, nie tylko wiary modliciela, ale świadectwem o mocy Boga, Jego łasce okazanej wszystkim lu­dziom w Chry­stusie.

          Wielka jest tajemnica pobożności: Ten, który objawił się w ciele, został usprawiedliwiony w duchu, ukazał się aniołom, był zwiastowany między poganami, uwierzono w niego na świecie, wzięty został w górę do chwały (1 Tm 3,16).

2. Niedefiniowalność modlitwy

     To, co najbardziej oczywiste – a w sferze życia reli­gij­nego nie­wątpliwie potrzeba modlitwy – trudno zdefiniować, opra­wić w ra­my my­ślo­wo-słowne i opisać. Fenomen o charakterze po­wsze­chnym, wymyka się wszelkiemu zaszufladkowaniu, usi­ło­waniu wyznaczenia mu granic, poza które nie może on wy­kraczać. W modlitwie duch ludzki odzyskuje pełną wolność przed Bogiem, wolność mówienia do Najwyższego, co nie ozna­cza, że człowiek w modlitwie wszystko i w jakikolwiek sposób może powiedzieć. Wolność komu­niko­wania się z Bogiem prze­kracza wszelkie granice, które wyzna­cza cielesność człowieka, ograniczoność i słabość języka.

     Czymże więc jest modlitwa?

     Obiegowa, katechizmowa definicja, że modlitwa jest rozmo­wą z Bogiem, da się tylko zaakceptować na pewnym eta­pie re­fleksji na temat modlitwy. Jej granice w pewnym sensie wy­znacza zdolność abstrakcyjnego myślenia, posługiwa­nia się po­jęciami, które nie należą do języka codziennej ko­munikacji międzyludzkiej. Staje się to oczywiste, gdy uświadomimy sobie kontekst w jakim uczniowie Jezusa prosili swego Mistrza: „Pa­nie naucz nas modlić się” (Ł 11,1) oraz wezwanie apostoła Pawła: „Bez przystanku się módlcie” (1 Tes 5,17). Zresztą, czy modlimy się sami? Wielki Apostoł powiada:

Duch wspiera nas w niemo­cy naszej; nie wiemy bowiem, o co się modlić, jak należy, ale sam Duch wstawia się za nami w niewysłowionych westchnieniach. A Ten, który bada serca, wie, jaki jest zamysł Ducha, bo zgodnie z myślą Bożą wstawia się za świętymi (Rz 8,26.27).

A to oznacza, że pojęcie rozmowy jest niewystarczające, czasem może nawet bezu­żyteczne, prze­szkadzające w zgłębieniu feno­me­nu modli­twy.

     Modlitwa w chrześcijaństwie, a o takiej przecież mówimy, ma zawsze wymiar trynitarny i to niezależnie od tego, do kogo się modlimy, czy do Ojca, czy do Syna, czy też do Ducha Świętego i też nie tylko dlatego, że najczęściej modlimy się do Ojca przez Syna w Duchu Świętym. Mówiąc Abba, Ojcze, mówimy zawsze razem z Chrystusem, bo nikt przed Chry­stusem tak nie wołał do Boga. A ilekroć wołamy „Ojcze!”, to musimy być świadomi – jak pisze apostoł Paweł – że „Bóg zesłał Ducha Syna swego do serc waszych, wołającego: Abba, Ojcze!” (Ga 4,6). Wewnętrzna jedność Trójcy uzewnętrznia się w sercu wie­rzącego. Jego dusza jest jakby lustrem, w którym odbija się naj­praw­dziwsze oblicze Boga. W wierze serca  rozmodlonego daje się rozpoznać ekonomiczna Trójca, Bóg w trzech Osobach, otwarty na człowieka i zwrócony ku jego niewypowiedzianym tęskno­tom.

     Modlitwa jest więc wpisana w samą tajemnicę Trójcy Świętej. Dialog człowieka z Bogiem ma więc troiczny wymiar. W mo­dlitwie jest więc miejsce na słowa, które wypowiadamy wielbiąc Boga i prosząc Go o zmiłowanie, jak również na działanie Ducha, a wówczas słowa są zbędne, Bóg bowiem zna zamysł Ducha (Rz 8,6). Duch otwiera nas w modlitwie na tajemnicę Trójcy Świętej. Modlitwa bez Ducha Świętego może być jedynie pustym wielosłowiem. Modliciel jednak musi mieć nadzieję, że niezależnie od stanu naszego ducha i wiary, Duch modli się z nami, wszak jest On suwerenny i czyni to, co służy naszemu zbawieniu.

     Jako dzieci Boże jesteśmy świątynią Ducha Świętego. Obe­cność Ducha Świętego w sercach wierzących w Jezusa jako Pana i Chrystusa (1 Kor 12,3), jest nieustanną modlitwą Ducha, w któ­rym i przez którego dokonuje się wielkie dzieło zbawienia w co­dzienności[3]. Duch Święty staje się w wierzącym sercu modlitwą. Jego westchnienia nie są modlitwą ust naszych, ale serca, w któ­rych rozlana jest miłość Chrystusowa (Rz 5,5). I nie jest to jedynie przyczy­nianie się za nami Ducha Świętego. Jest ono rów­nież cząstką nas, wszak zbawcze dzieła Boże są nam przy­pisane, jeśli jesteśmy zespoleni z Chrystusem w Duchu Świę­tym. Jak przywdziani w sprawie­dliwość Chrystusa stajemy przed obliczem Boga Najwyższego i za sprawiedliwych zosta­jemy uznani, tak w Duchu Świętym stajemy przed Ojcem, a Jego west­chnie­nia są naszymi, jeśli tylko według ducha, a nie ciała ży­jemy. W życiu wierzącego antycypuje się więc przyszłe speł­nienie, eschatyczna społeczność człowieka i całego stwo­rzenia z Trójjedynym Bogiem.

     Modlitwa nasza naprawdę dopiero wtedy staje się modlitwą gdyż zaczyna mówić wespół z nami sam Duch Święty. On, „wstawia się za nami”, jak pisze apostoł Paweł (Rz 8,26), gdyż nie wiemy, o co mamy prosić „jak należy” i nas reprezentuje, prawdziwie staje się Parakletem (J 14,16nn)[4]. Modlitwa przestaje być wtedy zbiorem zwykłych pożądliwych pra­gnień, a staje się wołaniem o to, co naprawdę potrzeba człowiekowi i ca­łemu stworzeniu. Czy to oznacza, że my przestajemy się modlić, a za­czyna się za nas modlić Duch Święty? Jest to pytanie stawiane przez teologów, zajmujących się teologią modlitwy. Postawmy je więc jeszcze raz w formie postawionej przez G. Sautera:

„Czy oznacza to, że ludzie w prawdziwej modlitwie nie potrafią wy­razić sami siebie, że w najlepszym razie stanowią medium, po­przez które Bóg za pomocą wszystkich negatywnych stron obcego mu świata nawiązuje relację z samym sobą, tak że mo­dlitwa, zamiast być rozmową człowieka z samym sobą, stałaby się roz­mową Boga z samym sobą, bądź też boskiej cząstki w nas z Bo­giem?”[5]

I odpowiedzmy na jego słowami:

„Nie. To, że Duch Boży w prośbie o zbawienie zajmuje nasze mie­jsce, nie oznacza, że jesteśmy wykluczeni. Wręcz przeciwnie, oznacza to, że występuje On w naszej sprawie, że mówi tam, gdzie my nie możemy już mówić ani iść dalej, że mówi On w nas i z nas, gdyż w modlitwie natrafiamy na ograniczenia naszej mowy (dla­tego Paweł mówi, że Duch i my w nim zwracamy się do Boga w „niewysłowionych westchnieniach”, sposobami, które wykracza­ją poza świat języka)”[6].

     Modlitwa jest więc wielką tajemnicą, ma w pewnym sensie charakter apofa­ty­cz­ny. Wzajemne przenikanie Ducha Bożego i na­szego wierzącego „Ja” jest tak wielkim misterium, że nie da się jej wyrazić przy pomocy słów i pojęć. I chyba dlatego apostoł Paweł wzywa: „Nie­ustannie się módlcie” (1 Tes 5,17; 2,13). Gdyby nie było to mo­żliwe, Wielki Apostoł nigdy by ta­kich słów nie napisał do Kościoła w Tesa­lonikach. Nieustanna mo­dlitwa jest uczestni­czeniem w dziele Chrystusa. Otwarta i po­­mocna dłoń jest modlitwą bez słów. Nikt bowiem nie może dobrze czynić bez pomocy i wsparcia Ducha Świętego. I diakonia jest mo­dlitwą Kościoła. Taje­mnica modlitwy rozpościera się więc na wiele dziedzin ducho­wego, chrześcijańskiego życia. Prawdziwa mo­dli­twa jest dzie­łem serca w Duchu Świętym. Dlatego też apostoł Juda powiada: „…módl­cie się w Duchu Świętym” (Jd 1,20).

     Modlitwa jest świadomością wiary i jej znaczenia. Prze­ko­naniem o łaskawości Boga i odpowiedzią na nią. Modlitwą jest codziennym chodzeniem w wierze, duchową postawą świado­mego chrześcija­ni­na, wiedzącego, co znaczą słowa apostoła Pawła: „Jeśli tedy umarliśmy z Chry­stusem, wierzymy, że też z nim żyć będziemy… i wy uważajcie siebie za umarłych dla grzechu, a za żyjących dla Boga w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6,8.11). Uczeń Chrystusa modli się więc nieustannie, swoim sercem, całą swoją postawą, co nie oznacza, że zbędna jest modlitwa ust, a więc modlitwa, któ­ra przybiera postać słowną w pełnym tego słowa znaczeniu, jak i w myśli, wszak i myślenie najczęściej ma charakter słowny.

     Powyższa refleksja na temat modlitwy przekonuje nas, że definicja modlitwy jako rozmowy z Bogiem, nie jest wystar­czająca. Modlitwa jest rozmową z Bogiem, ale i milczeniem. Mo­dlitwa w rozumieniu chrześcijańskim nie poddaje się procesowi definiowania. Modlitwa jest dziełem ust i serca, słowem i west­chnieniem, naszym dziełem i dziełem Ducha Świętego w nas. Jej tajemnicę i znaczenie dla rozwoju naszego życia duchowego można reflektować jedynie z perspektywy Pięćdziesiątnicy, wylania Ducha Świętego na Ko­­­ściół. Misterium modlitwy jest tajemnicą obecności Boga przez Ducha Świętego w nas. W tej perspektywie modlić się oznacza być w społeczności z Bogiem, myśleć o Nim nieustan­nie, być świadomym Jego obecności w naszym życia i że całe nasze działanie chwali Boga i jest świadectwem Jego obecności przez Jezusa Chrystusa w Duchu Świętym. Tak modlić się jest znacznie trudniej aniżeli na klęcz­kach zmawiać przepisany, bądź własnymi słowami formu­ło­wane modlitwy.

3. Hermeneutyka modlitwy

      Jeśli hermeneutyka jest nauką o interpretacji tekstu, a od Fry­­deryka Daniela Schleiermachera zajmuje się także procesem myśle­nia i rozumienia, to w świetle powyższego nie można mówić o hermeneutyce modlitwy. Jeśli Duch Święty przy­czynia się za nami i nie da się tego wyrazić słowami – to jak można podej­mować się wyjaśnienia procesu „narodzin” modlitwy i jej taje­mnicy? Owszem, jeśli modlitwa przybiera kształt słowny, a niewątpliwie przybiera, możemy wtedy interpreto­wać samą tkankę słowną, ale poza jej strukturę żadną miarą wyjść nie możemy. To, co dla świadka czyjeś modlitwy znajduje się poza słowem, a co nazwać byśmy mogli duchem modlitwy, oży­wio­nym przez Ducha Bożego, dostępne pozostaje jedynie dla Du­cha Świętego, który bada nie tylko tajemnice serca ludz­kiego, ale także – jak pisze apostoł Paweł – „głębokości Boga” (1 Kor 2,20). Ale nie o taką hermeneutykę nam chodzi w naszej refleksji nad modlitwą. Pytamy o wewnętrzną sferę mo­dlitwy, nie o sło­wa jedynie, ale to co naszą modlitwę czynią naprawdę mo­dlitwą, o owe tajemnicze związanie się w sercu Ducha Świętego z na­szymi prze­życiami, doznaniami i słowami.

     Emil Bruner pisze:

„Gdy człowiek wnika w tajniki świata, ode­chciewa mu się mo­dli­twy. Losy ludzi nie do­dają mu do tego odwagi. Wszystko wy­glą­da jak bezsensowny, bezplanowy, przypadkowy chaos. Któż by się tam modlił!”[7]

W spotkani współczesnego człowieka z universum zamiera na ustach ma ustach jego modlitwa. Czy wobec ogromu ciągle roz­szerzającego się kosmosu – jeśli wierzyć astrofizykom – z szyb­kością światła, to czy jest ktoś, kto mógłby się zatroszczyć o moje małe sprawy, a nawet o sprawy i byt całych narodów? Czy ma sens dobijać się do czyichś drzwi, za którymi niezmiernie większe sprawy się rozstrzygają?

     A jednak modlimy się. I nie chodzi o to, abyśmy się modlili tylko dlatego, że zachęca nas do tego Pismo Święte. Jeśli na kartach Biblii znajdujemy wiele wezwań do otwarcia się w mo­dli­twie się przed Bogiem, to nie dla samej modlitwy ani też dla­tego, że Bóg potrzebuje naszych hymnów i pieśni po­chwal­nych to czynimy, ale ze względu na nas, którzy naprawdę potrze­bujemy mo­dlitwy, nieu­stan­nego rozbudzania w nas świado­mości, że przecież jest Ktoś, kto nas słyszy i chce słuchać, że jest blisko nas i zawsze gotowy jest wysłuchać naszych błagań. To ozna­cza, że wierzymy biblij­nym wezwaniom i że mamy zau­fanie do Boga.

     Hermeneutyka modlitwy – to więc hermeneutyka zaufania. Interpretuje i wyjaśnia ona fenomen modlitwy. Ona też może rozwikłać zagadkę serca i najgłębsze west­chnie­nie duszy. W jej świetle staje się oczywiste rozmodlenie duszy. Woła ona do Boga, bo ufa i jest pewna swej ufności. Wiara i zaufanie nie jest niczym innym tylko modlitwą. Kiedy ufamy, właściwie już się modlimy, a gdzie modlitwa ustaje, zamiera również zaufanie. Jeśli modlitwa nie jest zakotwi­czona w ufności jest monologiem, nie wychodzącym poza obręb naszego „Ja”, co jednak nie oznacza, że suwerenny Duch Święty nie przyczy­nia się za nami, przeto ten monolog może przemienić się w dialog z Bogiem, rozbudzić ufność, ponieważ Bóg jest w nas początkiem wszelkiego zbawczego drgnienia serca. „Bóg to według upodobania sprawia w was i chcenie i wy­konanie” – pisze apostoł Paweł (Flp  2,13).

     Możemy modlić się, gdy wierzymy w Bożą łaskę, gdy pra­gniemy jej tak bardzo, że oczekujemy jej dla siebie i dla wszystkich ludzi. Łaska Boża jest zwróceniem się Boga ku nam, ludziom i całemu światu. Ma ona charakter uniwersalny i wol­ny, w Bogu bowiem nie ma żadnych ograniczeń. Kto ufa łaskawemu Bogu, nie może uczynić nic innego, jak tylko modlić się z ufnością i nadzieją, że oto tu i teraz Bóg jest również otwarty na modlitewne wołanie. Kiedy modlimy się wszystko oddajemy w ręce Boga i wszystkiego od Niego oczekujemy. Modląc się oczekujemy, że Bóg wyjdzie ze swojego ukrycia, wysłucha do końca i objawi się w jakimś określonym zdarzeniu. Modlitwa jest wołaniem do Boga ukrytego (Deus absconditus) i oczekiwaniem na Boga objawionego (Deus revelatus). Jest drgnie­niem ufającego serca ożywionego przez Ducha Świętego.

4. Język modlitwy 

     O Bogu możemy mówić tylko wtedy, gdy Jego rzeczywistość stanie się przedmiotem języka, co nie oznacza, że Bóg jest lub staje się taki, jak go w słowach przedstawiamy. Modląc się wołamy, a więc używamy języka. Apostoł Paweł pisał: „…wzię­liście ducha synostwa, w którym wołamy: Abba, Ojcze!” (Rz 8,15). Język modlitwy jest językiem teologicznym i niezależnie od tego, kim jest modliciel. Mo­dlitwa, którą codziennie zma­wiamy, a więc Ojczenasz, nabrzmiała jest termi­nami teologicznymi epoki Jezusa. Ale język teologiczny to nie język aniołów, zaświatów, lecz nasz, pochodzący z naszego wymiaru. Jest efektem wielo­wie­ko­wych wysiłków wyrażenia tego, co niewyrażalne, dotyczy Boga ukrytego i objawionego.

     Modlitwa jest teologicznym „dziełem”.

     Teologia posługuje się językiem symbolu, nadaje się on bo­wiem do przedstawiania treści transcendentnych. Jednakże nie może bazować wy­łącznie na nim. Ale czy terminy, które uży­wamy, słowa-pojęcia, terminy teologiczne i filozoficzne nie są symbo­lami? Czy nie pochodzą one ze świata symbolu? Języ­kiem właściwym dla teologii filozoficznej jest język metafizyki. Tylko wtedy ma ona rację bytu. Podobnie uprawianie teologii jest możliwe, gdy posługuje się językiem z sfery naszego by­towania. Ale ten język nie jest w stanie „dosięgnąć” Istoty Bo­ga. Pomimo wszystkiego uprawomocnieniem teologii jest wła­śnie to, że takim językiem chce ona się posługiwać. Innego wyjścia nie ma z kręgu niemożności przynajmniej względnie jasnego mó­wienia o Bogu. Zdaje się, że takiego zdania był także P. Til­lich, gdy odwoływał się do tomistycznej analogii entis. Pisał on:

Analogia entis nie jest rodzajem wątpliwej teologii, która pragnie po­zyskać Boga w ostatecznym odniesieniu skończonego do nie­skończonego. To jedynie analogia entis daje nam prawo, aby w ogóle móc mówić o Bogu. Ona opiera się na fakcie, że Bóg musi być ujmowany jako Samo-bycie”[8].

     Modląc się, wyrażamy słowami nasze myśli, najgłębsze tę­skno­tę serca. Zdarza się, że słowa płyną same. Innym razem dobieramy słowa, aby jak najlepiej wyrazić to, co drzemie na dnie naszej duszy.

     Słabość naszych słów, niemoc wyrażenia tego, co przeżywa du­sza, czasem czyni naszą modlitwę tylko zbiorem słów, które nic nie znaczą lub nieustannym powtarzaniem tego samego. Przysłowiowa wielomówność pogan lub pustosłowie nie należy do rzadkości. Jeśli ktoś z ludzi jest światkiem takiej modlitwy, to może się zdarzyć, że ona gorszy. Może też taka modlitwa uwłaczać chwale Boga. Ale Duch Święty pomaga nam w nie­mocy. Lecz nie może to nikogo usprawiedliwiać. Prawdziwa wiara chce się wyrażać jasno i czy­telnie. Wiara nie staje na­prze­ciw intelektowi

     Ale czy nie jest tak, że czasem nie potrafimy pomodlić się własnymi sło­wami. Milczymy. „Zamilkłem, nie otwieram ust swo­ich, bo Ty to uczyniłeś”– powiada psalmista (Ps 39,10). Lecz wydaje się, że milczenie psalmisty było jednak modlitwą, bez­słowną skargą, zmaga­niem się z sobą i Bogiem, jak Jakub z aniołem Pańskim nad Jabokiem. Któż z nas nie słyszał nigdy modlitwy, która jest nie tylko teologicznym bełkotem, ale w ogóle pustą paplaniną, graniczącą z bluźnierstwem. Kto sądzi, że zawsze znajdzie jakieś słowa, aby nimi przyoblec tęsknotę i pragnienie serca, ten naprawdę nie wie, co to jest wiara i jak bardzo może być ona słaba. Ta­ka by­wała nawet u tytanów i bohaterów wiary. Jednakże i słaba wia­ra jest bojaźnią Pańską, przeto udawanie, że się do Boga modlimy jest kusze­niem Wszechmocnego.

     Wbrew poglądom panującym w niektórych środowiskach, że nie należy się­gać po modlitwy, którymi inni już zwracali się do Boga. Duch Boży uczy nas modlić się także przez modlitwy sióstr i braci w wierze.

     Nie mówi się dwa razy tego samego… Jeśli modlimy się słowami Jezusa, lub kogokolwiek, to przecież nie modli się rze­czywisty autor modlitwy, co najwyżej my z nim, lecz modli­my się my, ja i ty. Modliciel powtarzający cudze słowa mo­dlitwy, nie jest medium lecz podmiotem modlitwy i nie jest bez zna­czenia jego osoba, wiara, nadzieja i miłość. Jego wiara czyni tekst cudzy żywym i może weń zostać włożone znacznie więcej, aniżeli włożył weń jego pierwotny autor. W cudze słowa może mo­dliciel włożyć całe bogactwo swoich osobistych do­znań religij­nych. A Duch Boży też nie jest wówczas bez­czynny. Jak Chry­stus nie jest tylko zbawicielem na krzyżu, lecz również w nas, tak Duch Święty nie uobecnił się wyłącznie w Dniu Pięć­dzie­siątnicy, lecz staje się zbawczo czynny w nas i poprzez nas, głównie w wy­padku głośno, wobec świadków zmawianej mo­dli­twy.

     Jak interpretator tekstu może wydobyć z niego znacznie wię­cej, aniżeli jego autor weń włożył, tak ze słów powtarzanej modlitwy Duch Boży może wydobyć to, czego pierwotny autor nigdy nie doznał[9] i podzielić się z tym z modlącym się. Nasze ambicje – jako modlicieli – nie mogą stawiać tam suwerennemu Duchowi  Świętemu. Kontrowersja – jak modlitwa ma wartość przed Bogiem, wypowiedziana własnymi słowami lub modli­twa zapożyczona, jest bezprzedmiotowa w świetle hermeneu­tyki modlitwy.

Zamiast zakończenia

„Boże, naucz mnie szukać Ciebie

i ukaż siebie temu, który Cię poszukuje.

Nie mogę bowiem ani ciebie szukać,

ani Ciebie znaleźć,

jeśli sam nie ukażesz mi siebie”[10].



[1] Por. SA, II, s. 279,13.14
[2] SA II, s. 275,3–7
[3] III art. wiary
[4] Termin paraklhtoV w Nowym Testamencie występuje wyłącznie w pis­mach Janowych (J 14,16.26; 15,26; 16,7; 1 J 2,1). paraklhtoV jest rzeczo­wnikiem odsłownym strony biernej od czasownika parakalew  — przywołuję. Ter­­min paraklhtoV oznacza więc kogoś przywołanego. Rabini posługiwali się terminem (hebr. — peraqlit, arm — peraqlita). na oznaczenie orędo­wnika przed trybunałem    Boga (St. Bill. II, 650nn). Judaistyczny Paraklet nie jest je­d­nak prawzorem Parakleta Janowego. Szkoła Janowa nadała Parakletowi auto­nomiczne znaczenie i własną treść. (R. Bultmann, Das Evangelium des Johannes, KrexKNT, Göttingen 1964, s. 439n; G. Bornkamm, Der Paraklet im Johannes-Evangelium, [w:] Geschichte und Glaube, München 1968, s. 70) (R. Schna­ckenburg, Das Johannesevangelium, Freiburg-Wien-Basel, III, s. 165nn).
[5] G. Sauter, Podstawowe pytania wiary, Bieslko-Biała 1997, s. 89.
[6] Tamże.
[7] E. Brunner, Unser Glaube, (przekł. polski R. Trenkler, Nasza wiara, War­sza­wa 1963, s. 118)
[8] Tillich P., Systematische Theologie, I, s. 277
[9] Matka jednego z naszych duchownych opowiadała mi, że jej ojciec w cho­robie przed śmiercią stale zmawiał pewną modlitwę z modlitewnika Z całego serca szukam Ciebie (Bielsko-Biała 1993). Miała ona dla niego szczególną war­tość w obliczy zbliżającej się śmierci.
[10] Anzelm Canterbury
11:54, mku841 , Refleksje na temat...
Link
Post

     Telewizyjne i radiowe reklamy zachęcają do kupowania dóbr konsumpcyjnych. Zachęcani jesteśmy do nabywania żywności i spożywania jej ponad miarę. Propaguje się obżarstwo, zaś wstrzemięźliwość w jedzeniu i piciu uważa się za coś niestosownego. Słowo post jest więc niepopularne, a sam post jest jakimś anachronizmem, należącym do jakiejś minionej epoki.

     Post, to temat czasem poruszany w kazaniach i prasie kościelnej, szczególnie w okresie pasyjnym. Kościół niegdyś zalecał w tym czasie pościć. Ale inaczej rozumiany jest post w rzymskim katolicyzmie, inaczej w prawosławiu, zgoła odmiennie w luteranizmie.

     Co na temat postu mówi Pismo Święte i jak post rozumieli reformatorzy?

Post w Starym Testamencie

     Naród izraelski wbrew pozorom przez długi okres czasu dokonywał aneksji Ziemi Obiecanej, zamieszkałej przez różne grupy etniczne, często określane jako kananejskie. Dochodziło do wzajemnej infiltracji, nie zawsze mile widzianej przez izraelskich proroków, stojących na straży czystości religii Starego Testamentu. W interesującym nas temacie zauważyć należy, że Izraelici z religii oraz kultury kananejskiej właśnie post przyjęli, jako element rytuału żałobnego. W Izraelu z okazji śmierci członka rodziny lub kogoś znamienitego, odgrywającego ważną rolę w życiu narodu, poszczono przez dzień (por. 2 Sm  1, 12) lub przez siedem dni (por. 2 Sm 31, 13).

     W Starym Testamencie post jest elementem pokuty i często łączono go z posypywaniem głowy popiołem oraz chodzeniem w pokutnym worze (por. 1 Krl 21, 27; Dn 9, 3). W szczególnych okolicznościach i ważnych chwilach, post towarzyszył żarliwej modlitwie (por. Ezd 8, 23; Neh 1, 4; Ps 35, 13; Dn 9, 3). Czasem post, łączony z modlitewnym wołaniem do Boga, traktowany był jako pewnego rodzaju ekspiacyjny czyn za popełnione grzechy i winy (por. 1 Sm 7, 6) lub też jako forma oddziaływania na Boga (por. 2 Sm 12, 16.21-23). W zależności od sytuacji i uznania pościli pojedynczy Izraelici, czasem zaś ogłaszano dni postne i zobowiązywano do nie przyjmowania pokarmu cały naród (por. Jr 36, 6.9; Est 4, 3).

     W okresie obowiązywania Starego Przymierza post nie był stałym elementem życia. Pokarm uważany był za dar Boży i przyjmowano go z wdzięcznością, jako wyraz łaskawości Bożej (por. Ps 145, 15.16). Z powyższych uwag wynika, że post posiadał znaczenie wychowawcze, spełniał funkcję przygotowawczą, oczyszczającą, oczywiście nie w tym stopniu i znaczeniu co ofiara, lecz praktykowany był wraz z modlitwą jako ryt jej towarzyszący.

     W Księdze Izajasza znajduje się tekst, który mówi o poście nieco inaczej, aniżeli inne starotestamentowe teksty. Zawiera głęboką myśl i etyczne przesłanie, Jest zapowiedzią rozumienia postu, z jakim spotykamy się u Jezusa. Prorok w imieniu Boga wołał: „Wprawdzie szukają mnie dzień w dzień i pragną poznać moje drogi, jakby byli narodem, który pełnił sprawiedliwość i nie zaniedbał prawa swojego Boga, domagają się ode mnie sprawiedliwych praw, pragną zbliżenia się do Boga, powiadając: Dlaczego pościmy, a Ty tego nie widzisz? Dlaczego umartwiamy nasze dusze, a Ty tego nie zauważasz? Oto w dniu waszego postu załatwiacie swoje sprawy i uciskacie wszystkich swoich robotników.  Oto gdy pościcie, kłócicie się i spieracie, i bezlitośnie uderzacie pięścią. Nie pościcie tak, jak się pości, aby został wysłuchany wasz głos w wysokości. Czy to jest post, w którym mam upodobanie, dzień, w którym człowiek umartwia swoją duszę, że się zwiesza swoją głowę jak sitowie, wkłada wór i kładzie się w popiele? Czy coś takiego nazwiesz postem i dniem miłym Panu? Lecz to jest post, w którym mam upodobanie: że się rozwiązuje bezprawne więzy, że się zrywa powrozy jarzma, wypuszcza na wolność uciśnionych i łamie wszelkie jarzmo, że podzielisz twój chleb z głodnym i biednych bezdomnych przyjmiesz do domu, gdy zobaczysz nagiego, przyodziejesz go, a od swojego współbrata się nie odwrócisz” (Iz 58, 2-7). Odrzucony w tych słowach został wszelki formalizm religijny. Post ma być powiązany z czynieniem sprawiedliwości, okazywaniem miłosierdzia bliźnim. Pościsz, a więc oddaj twoją żywność bliźniemu.

Post w czasach Jezusa

     W czasach Jezusa pościli głównie faryzeusze, według przepisów tradycji ustnej dwa razy w tygodniu. Post traktowany był przez nich jako zasługa przed Bogiem, element domnie­ma­nej ich sprawiedliwości, środek do osiągnięcia dosko­­nałości lub wyraz tej doskonałości. Dlatego faryzeusz z przypowieści Jezusa o faryzeuszu i celniku (Łk 18, 9-14) z podniesionym czołem wyliczał swoje zasługi: „Boże dziękuję ci, że nie jestem jak inni ludzie, rabusie, oszuści, cudzołożnicy (...). Poszczę dwa razy w tygodniu i daję dziesięcinę z całego mego dorobku”.

     W życiu i działalności Jana Chrzciciela, poprzednika Chrystusa, post odgrywał bardzo ważną rolę. Jan, syn Zachariasza i Elżbiety prowadził życie ascetyczne, ubrany był w skórę wielbłądzią i żywił się szarańczą i miodem. Jako zwiastun przybliżającego się Królestwa Bożego, wzywał do przygotowania się na przyjście Pomazańca Pańskiego, nakłaniał do pokuty, upamiętania (Mt 3, 2 i paral.). Z całą pewnością wzywał również do postu, bowiem pokuta zawsze kojarzyła się z postem. Na pewno jego życie było wyzwaniem rzuconym Izraelowi.

Post w życiu i nauczaniu Jezusa

     Jezus po chrzcie w Jordanie, przygotowując się do publicznej działalności, udał się na ustronne miejsce i przez czterdzieści dni i czterdzieści nocy pościł (Mt 4, 2 i paral.). Zaaprobował więc poprzez swoją postawę właściwie pojętą praktykę postną. Mając na uwadze teologię kuszenia, oczywiście w formie przekazanej nam przez ewangelistów synoptycznych: Mateusza, Marka i Łukasza, post Jezusa, towarzyszący zapewne żarliwej modlitwie, należy rozumieć i uznać jako przygotowanie do dzieła zbawienia świata. Jezus na pewno praktykę postną łączył z modlitwą. Z wypowiedzi skierowanej do uczniów w związku z uzdrowieniem lunatyka (epileptyka): „Ale ten rodzaj nie wychodzi inaczej, jak tylko przez modlitwę i post” (Mt 17, 21) wynika, że post obok modlitwy traktował jako środek walki ze światem złego. Godne zauważenia jest to, że pozostali ewangeliści synoptyczni w tekstach paralelnych (Mk 9, 2-13; Łk 9, 28-36) nic nie wspominają, aby Jezus mówił coś do swoich uczniów o poście. Ewangelia św. Mateusza przeznaczona była dla judeochrześcijan. Autor jej nie mógł więc nie zasygnalizować tych zagadnień i tematów, które żywo interesowały nawró­conych na chrześcijaństwo Żydów. Do tych tematów na pewno zali­czyć należy także post.

     Stosunek Jezusa do postu nie był formalistyczny, sztywny, jak było to w wypadku faryzeuszy i uczonych w Piśmie. Wyraźnie można to zau­ważyć w zachowaniu i postępowaniu Nauczyciela z Galilei. Podobnie było zapewne w wypadku uczniów Jezusa. Dlatego uczniowie Jana Chrzciciela, naśladujący w praktykowaniu postu swojego mistrza, przyszli pewnego dnia do Jezusa, aby Go zapytać, dlaczego Jego uczniowie nie poszczą. Znamienna jest relacja ewangelisty Mateusza rozmowy Jezusa z uczniami Jana na intere­sujący nas temat. Warto przytoczyć ją w całości. „Wtedy przyszli do niego uczniowie Jana i mówili: Dlaczego my i faryzeusze pościmy, a uczniowie twoi nie poszczą? I rzekł im Jezus: Czyż mogą się goście weselni smucić dopóki z nimi jest oblubieniec? Nastaną jednak dni, gdy oblubieniec zostanie im zabrany, a wtedy pościć będą. A nikt nie wstawia w starą szatę łaty z suk­na nowego, bo taka łata ściąga cały materiał i rozdarcie staje się gorsze. I nie wlewają wina młodego do starych worów, bo inaczej pękają wory, wino wycieka, a wory niszczeją. Ale młode wino wlewa się do nowych worów, a wtedy zachowa się jedno i drugie” (Mt 9, 14-17). Aluzja Jezusa do godów weselnych jest nawiązaniem do starotesta­mentowych obrazów stosunku Boga do Izraela i Jego związku z ludem przymierza. Bóg w zwiastowaniu proro­ków, aby osiągnąć pełną ekspresję napomnień i wezwań do wierności Jahwe, przedstawiany jest jako małżonek lub oblubieniec ludu wybranego. Jezus w odpowiedzi danej uczniom Jana Chrzciciela, wydaje się identyfikować z Tym, który w profetycznej wizji związku Boga z Izraelem występuje jako oblubieniec lub małżonek. Pytający się są więc świadkami godów weselnych. Oblubieniec przyszedł, nie mogą przeto płakać, smucić się i pościć ci, do których on przyszedł. Jezus uważa się za oblubieńca, pana młodego, dlatego nie przystoi pościć gościom weselnym, uczniom i tym wszystkim, którzy poszli za Nim.

     Według Jezusa post nie pasuje do nowej sytuacji, pogłębionej religijności, duchowego odrodzenia zainicjowanego przez Jezusa. Nie można tego, co Jezus przyniósł, reprezentował i zainicjował włożyć w stare formy pobożnoś­ci. „Nie wlewają wina młodego do starych worów”. Nie oznacza to jednak, że Nauczyciel z Galilei odrzucił całkowicie post, jako relikt przeszłości, bez­użyteczny ryt, mogący wypaczyć sens ewangelii. Jezus powiedział przecież: „Nastaną jednak dni, gdy oblubieniec zostanie im zabrany, a wtedy pościć będą”.

     Według relacji ewangelisty Mateusza, Jezus oczyścił post z faryzejskiego piętna, nadającego mu znamiona działania zasługującego, godnego reklamy. W kaza­niu na górze Jezus powiedział: „A gdy pościcie, nie bądźcie smętni jak obłudnicy; szpecą bowiem twarze swoje, aby ludziom pokazać, że poszczą. Zaprawdę powiadam wam: Odbierają zapłatę swoją. Ale ty, gdy pościsz, namaść głowę swoją i umyj twarz swoją. Aby ludzie cię nie widzieli, że pościsz, lecz Ojciec twój, który jest w skrytości; a Ojciec twój, który widzi w skrytości, odpłaci tobie” (Mt  6, 16-18). Post w nauczaniu Jezusa jest więc rzeczą godną uwagi i polecenia, lecz osobistą. Post posiada wartość tylko wtedy, gdy jego intencją jest uczczenie Boga i łączy się go z modlitwą. Wtedy jedynie będzie posiadał wartość przed Bogiem. Post może być pewnego rodzaju modli­tewnym wołaniem do Boga, które nie może być przez Wszechwidzącego nie zauważone. W żadnym wypadku post nie może być traktowany jako czyn­ność zasługująca. Jezus powiedział: „Tak i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono, mówcie: Sługami nieużytecznymi jesteśmy, bo cośmy winni byli uczynić, uczyniliśmy” (Łk 17, 10). Mając również na uwadze semickie, a przecież Jezus według ciała był semitą i wśród semitów działał, w pojmowa­niu somatyczno-duchowej jedności człowieka, można post uważać także za pomocniczy środek odkrywania nie tylko potrzeb ciała lecz również ducha. Z tej przyczyny post winien być zawsze łączony z modlitwą i podob­nie jak w Starym Testamencie winien być rozumiany jako forma przygoto­wania się do jakiegoś zadania i dzieła. Post powinien być zwrócony nie na zewnątrz lecz do wewnątrz. Nie może być praktykowany ze względu na ludzi, lecz tak jak modlitwa musi być wyrazem potrzeby serca. Nie może być wyzwaniem rzuconym Bogu, lecz pokornym oczekiwaniem na Boże działanie.

Post przed Reformacją

     Kościół  zgodnie ze słowami Jezusa: „Nastaną jednak dni, gdy oblubieniec zostanie im zabrany, a wtedy pościć będą” nakazywał pościć. Pościli mnisi eremici na Wschodzie, pościli zakonnicy i mniszki na Zachodzie. Post był traktowany jako ważny element życia, prowadzący do osiągnięcia społeczności z Bogiem. Rozumiano go często jako drogę, która prowadzi do doskonałości, jako element pokuty za popełnione grzechy. Wyznaczone też zostały dni, w których wszyscy powinni byli pościć i wstrzymywać się od różnego rodzaju przyjemności.

     Marcin Luter przed wkroczeniem na drogę reformy Kościoła pojmował post podobnie, jak w średniowiecznym Kościele na Zachodzie.  Jego decyzja wstąpienia do klasztoru, nie była wynikiem jednorazowego przeżycia, ale głębokich przemyśleń. Młody Luter rozmyślał nad sobą, swoją duchową sytuacją, zbawieniem. Pod wpływem średniowiecznych idei religijnych doszedł do przekonania, że jeśli nie pójdzie drogą doskonalszą, nie będzie zbawiony. Drogą tą było życie zakonne, polegające głównie na skrupulatnym wypełnianiu ślubu ubóstwa i czystości oraz bezwzględnego posłuszeństwa przełożonym. Życie zakonne traktowano jako dodatkową zasługę przed Bogiem. Wstępujący do klasztoru w zamian za swoje poświęcenie mógł oczekiwać, że jego dusza dozna wewnętrznego pokoju, uzyska pewność zbawienia i zadowolenie z osiągniętej doskonałości. Luter był skrupulantem, pościł, umartwiał swoje ciało. Przełożeni Lutra nawet zaczęli martwić się o jego zdrowie. Posty i umartwianie ciała nie przyniosły wewnętrznego spokoju. Przełom nastąpił, kiedy Luter pod wpływem lektury apostoła Pawła poznał, że człowiek nie zdobywa zbawienia przez zasługi, lecz zostaje usprawiedliwiony z łaski przez wiarę. Wraz z tym odkryciem nastąpił także zwrot w rozumieniu dobrych uczynków, w tym także pojmowanie postu.

Marcin Luter

     Co mówił Luter na temat postu po odkryciu wartości wiary?

     O poście Wittenberski Reformator pisał zazwyczaj w kontekście nauki o usprawiedliwieniu z łaski przez wiarę i wartości dobrych uczynków. W piśmie z roku 1521 pt. O wolności chrześcijańskiej, dowodząc, że tzw. pobożne praktyki, jak dawanie jałmużny i poszczenie, nie decydują, że tzw. droga zakonna jest lepsza od zwykłej drogi, w której człowiek jest aktywny jako rolnik czy rzemieślnik, wypowiedział się na temat postu jako bezużytecznego uczynku, jeśli przezeń chce się zdobyć zasługę przed Bogiem. Między innymi pisał: „Przyjrzyjmy się tedy najpierw wewnętrznemu człowiekowi, jakim mianowicie sposobem staje się sprawiedliwym, wolnym, prawdziwie chrześcijańs­kim, to znaczy człowiekiem duchowym, nowym, we­wnętrznym. A wiadomo, że żadna wręcz z rzeczy zewnętrznych, jakkolwiek je nazwać, nie ma naj­mniejszego znaczenia dla sprawiedliwości, czy nie­woli, o czym z łatwością można się przekonać. Cóż bowiem może pomóc duszy to, że ciału dobrze się powodzi, że jest wolne i krzepkie, że je, pije i czyni cokolwiek zechce, gdy posiadają te cechy najbezbożniejsi niewolnicy wszelkich zbrodni? I znów, cóż zaszkodzi duszy kiepskie zdrowie lub niewola, albo głód, albo pragnienie, albo jakiekolwiek zewnętrzne niedomagania, gdy to samo gnębi także najpobożniej szych i całkowicie wolnych o czystym sumieniu? Żadna z tych rzeczy nie ma znaczenia ani dla wolno­ści, ani dla niewoli duszy. I nic to nie pomaga, czy będzie się podobnie jak święci ubierać w święte sza­ty, czy chodzić po świętych miejscach, czy zajmować się świętą służbą, czy modlić się, czy pościć, wstrzy­mywać się od pewnych pokarmów i spełniać dobre uczynki, których można dokonać przez ciało i w ciele… Ja zaś taką daję ci radę: jeżeli zechcesz nieco się pomodlić, pościć lub coś w kościele jak to nazywają - zafundować, strzeż się czynić to w celu zgotowania sobie jakiejś korzyści - czy doczesnej, czy wiecznej”.

     W Kazaniu o dobrych uczynkach, mając na myśli scholastycznych nauczycieli, napisał: „Kiedy zapytasz, czy również i to uważają za uczynek dobry, jeśli zajmują się swym rzemiosłem, chodzą, stoją, jedzą i wykonują przeróżne prace po to, aby zarobić na swe utrzymanie albo troszczyć się o dobra ogółu, i czy wierzą, że wtedy Bóg znajduje w nich upodobanie, przekonasz się, że odpowiedzą „nie” i że rozumieją pojęcie uczynku bożego tak wąsko, że zostaje miejsce jedynie dla modlenia się w kościele, przestrzegania postów i rozdawania jałmużny. Pozostałe uczynki uważają za daremne, jak gdyby były one Bogu całkiem obojętne…”

     W jednym ze swoich kazań Luter radził: „Tam, gdzie wiara jest prawdziwa, musi ona brać ciało w ryzy i powściągać je, by nie czyniło ono tego, na co ma ochotę. Dobrą jest rzeczą pościć, ale winno to być właściwe poszczenie, by ciału nie dawać więcej pożywienia, niż to konieczne dla utrzymania zdro­wia, zdolności do pracy i jasności umysłu, aby stary osioł nie stał się zbyt swawolny i nie poszedł tańczyć na lód, łamiąc sobie nogi, ale by chodził w cuglach i był posłuszny duchowi” (Luter).

     Na temat postu wypowiedział się Luter także w Małym katechizmie. Nauczając o Wieczerzy Pańskiej, napisał: „ Post i zewnętrzne przygotowanie się jest zaiste pięknym powierzchownym zwyczajem, lecz ten tylko jest prawdziwie godny i należycie przygotowany, kto ma wiarę w te słowa: Za was się daje i wylewa na odpuszczenie grzechów. Kto zaś tym słowom nie wierzy lub powątpiewa, ten nie jest godny i nie jest przygotowany, gdy owe słowa: «Za was» wymagają serc prawdziwie wierzących”. Jak komentarz do tego nauczania mogą być słowa z Dużego katechizmu: „Skoro ten skarb [chodzi o dary zbawienia – przyp. Autora] całkowicie jest ofiarowany w słowach, nie może go inaczej uchwycić i przyjąć jak tylko sercem. Takiego daru i wiecznego skarbu nie można ująć ręką. Post i modlitwa itp. mogą być tylko zewnętrznym przygotowaniem i wdrażaniem dzieci do tego, aby się nasze ciało odnosiło i zachowywało ze skromnością i czcią względem ciała i krwi Chrystusa”.

*  *  *

Z powyższych rozważań wynikają następujące wnioski:

-      Pościć – to znaczy podzielić się z bliźnim i okazać mu miłosierdzie. Pościć znaczy oddać swą żywność głodnemu.

-      Post służy przygotowaniu ważnych wydarzeń; nie powinien być traktowany formalistycznie ani też jako zasługa przed Bogiem.

-      Post nie jest lepszą i doskonalszą drogą od codziennego trudu i pracy.

-      Post powinien towarzyszyć modlitwie i medytacji.

-      Nie należy obnosić się z tym, że wstrzymujesz się od przyjmowania pokarmów.

 

 

 

 

 

 

11:42, mku841 , Refleksje na temat...
Link